Płodność przechodzi w aborcję,
wiosna w bezkrólewie.
Buty krążą jak satelita wokół przydrożnych kawiarni.
Pan Andrzej chciałby umieć latać, więc macha na przechodniów
posklejanymi palcami.
Na ławce mały Albercik dzielnie stapia świecę,
a bezdomny grzechocze kompletem kluczy.
Wrona licytuje się z krukiem,
przeżuwając słońce zuchwałym dziobem.